abstynent blog

Twój nowy blog

jest rok 2011, a nie ma już 2010roku… skończył się nie najgorzej, ale musiał. zaczął się nowy. i od razu spadła na mnie lawina nowych problemów. wytrzymałem z nimi do połowy marca. potem poszedłem na zwolnienie lekarskie… od psychiatry :) sami zwolnić nie chcieli, płacić nie chcieli, zapieprzać kazali, słuchać – nie słuchali, to teraz mają… oczywiście kilka dni po tym zgłosił się do mnie ZUS. zakład pracy podał mnie do kontroli, że udaje ze zwolnieniem lekarskim… no i zostałem po dwóch tygodniach wezwany do lekarza orzecznika. a ten to wiadomo. gdyby mógł to i by wskrzesił z grobu… spojrzal w papiery, zadał kilka prostych pytań, typu: „wykształcenie”, „zawód wykonywany”i powiedział: „pan sobie choruje”… i tak choruję sobie już od połowy marca. wrócić tam do pracy raczej nie wróce, bo i po co… wykorzystam chorobowe do końca i rozwiążą ze mną umowę ze względu na wyczerpanie okresu chorobowego. no i pójdę na „kuroniówkę”. i tak zapewne minie 2011r. co będzie dalej? też się nie martwię…

dawno mnie tu nie było. złożyło się na to milion powodów. przede wszystkim wszystko zaczęło się od zniknięcia „arkusza stylów”, który to spowodował nieczytelność bloga. po tak długim czasie sam zapomniałem, co i gdzie i jak wpisać by dało radę to przeczytać. po wielu, wielu próbach i przy kompletnym braku czasu udało mi się na tyle przywrócić wygląd by był on czytelny. przez ten długi czas wydażyło się mnóstwo rzeczy. gdybym chciał je wszystkie opisać zajęło by to pewnie cały dzień, dlatego pokrótce tylko przytoczę niektóre…

nie zdawałem sobie sprawy jak mocno na psychice dziecka może odbić się pobyt w szpitalu… czasem wręcz nie poznaję własnej córki… przestała wołać, że chce siku czy kupę, mimo iż wołała od wielu miesięcy. cały czas chce na „opa”. boi się na chwilę zostać bez mamy… musi być czymś mocno zajęta, żeby żona mogła wyjść chociażby do sklepu. wpada w histerię średnio dwa razy dziennie, a każda z nich trwa około godziny… nic jej wtedy nie uspokaja a wręcz przeciwnie… wszystko jest wtedy na nie… czasem aż się chce płakać, bo nie wiemy co wtedy robić.

kiedy zobaczyłem córkę po tygodniu, to dopiero nogi mi się ugięły… przed operacją „mała” miała wypchnięty mostek przez powiększone serce, jednak to co zrobili po operacji lekarze wręcz powaliło mnie z nóg. jeśli przed operacją mostek wystawał na ok. 1cm to teraz „garb” który zafundowali lekarze wystaje na 3cm!!! jutro jedziemy na kontrolę i mam zamiar na ten temat bardzo poważnie z nimi porozmawiać… jeśli nic się nie da z tym zrobić to córka będzie mocno oszpecona i raczej ciasna bluzeczka czy jakikolwiek strój kąpielowy nię będzie wchodził w rachubę… a miało być k….a tak pięknie… :(

jesteśmy już po operacji… trwała sześć godzin i obyło się bez komplikacji. co mnie zmartwiło, to stwierdzenie lekarza, że ubytek okazał się większy i gdyby nie namowa drugiego lekarza, to on by się tego nie podjął. zanim córka wróciła na oddział musiałem wracać do pracy i córki nie widziałem przez kolejny tydzień.

„widzę, że nadal prowadzisz ten blog. to chyba dobrze. szkoda tylko, że tak tragiczne rzeczy w nim opisujesz. to znaczy… nie, że szkoda, że je opisujesz, ale… że w ogóle mają one miejsce. tak zdecydowanie nie powinno być. przykro „słyszeć”, że tak mała istotka ma tak kruche życie. jeśli potrzebne by Wam było jakieś wsparcie… np finansowe… to daj znać. pomogę. w końcu dobro dziecka jest najważniejsze (!!!), a wszelkie zabiegi, lekarstwa, operacje nie zawsze są za free i jak wiadomo dochodzi do tego też masa innych kosztów. nie mam co prawda miliardów i całego świata nie uratuję, ale… miło by było pomóc choć jednej małej istotce. w końcu jak nikt inni – dzieci na to zasługują!

pozdrawiam”

taki mejl otrzymałem od czytelniczki… dobrzy ludzie wciąż istnieją i robią coś bezinteresownie dla innych. wzruszył mnie ten mail, a reakcja mojej matki była jeszcze silniejsza… ogromnie dziękuję za te słowa i mam nadzieję, że autorka tych słów nie ma mi za złe, że je przytoczyłem… w końcu tylko ta osoba, która je napisała wie, że to od niej… DZIĘKUJĘ!!!

po ponad roku wyczekiwania wreszcie coś konkretnego. po wizycie w Gdańsku rysuje się światełko nadziei. do tej pory był plan „przerobienia” serca na podobieństwo gada (czyt. jedna komora i przedsionek). po ostatnich badaniach okazało się że jest możliwość „załatania” dziury między komorami. operacja jest oczywiście bardziej ryzykowna i trudniejsza niż „gadzia” ale w przypadku jej powodzenia, Diabełek wrócił do pełni zdrowia. „gadzie” serce pozwoli na w miarę normalne życie, ale napewno krótsze i bardziej męczące dla obu stron. brak jakiejkolwiek decyzji i tak zakończy się najszybciej z powodu niedotlenienia organizmu… i decyzja należy do nas… wybraliśmy opcję najtrudniejszą i najbardziej ryzykowną… teraz czekamy na wyznaczenie terminu…

dziś przypadkowo dowiedziałem się, że Rząd Polski zmienił warunki przyznawania świadczeń pielęgnacyjnych dla rodziców opiekujących się dzieckiem niepełnosprawnym, w którym jeden z rodziców rezygnuje z pracy na rzecz opieki nad dzieckiem. jeszcze niedawno, by taki zasiłek otrzymać w kwocie 520zł miesięcznie, trzeba było mieć dochód na osobę mniejszy niż 583zł… od tego roku zniesiono limit dochodu. oznacza to, iż powinniśmy otrzymać pomoc od Państwa, pod warunkiem, że spełnione zostaną pozostałe kryteria… ale z tym raczej nie będzie problemu… bardzo się z tego cieszę, gdyż pozwoli mi to trochę odetchnąć…

Za ciosem…

Brak komentarzy

w zeszłym sezonie udało się z niczego zdobyć Vicemistrzostwo Polski klasy C w lotki… oprócz tego awansowaliśmy w okręgu do grupy B… po tym wszystkim dwóch czołowych zawodników odeszło i jako „kapitan” musiałem szukać nowych graczy… znalałzem kilka osób i tak w dość mocno zmienionym składzie przystąpiliśmy do kolejnych rozgrywek… wielu postawiło na nas krzyżyk… i ci się zapewne najbardziej zdziwili… co prawda kilka meczy przegraliśmy, ale były to minimalne przegrane… reszta padła zdecydowanie naszym łupem… obecnie jesteśmy na trzecim miejscu i mamy zamiar się jeszcze poprawić… chłopaki z drużyny mają zresztą jeden cel. wygrać ligę i dość mocno pokazać się na kolejnych mistrzostwach…. i jak tak dalej pójdzie to mioże się udać…

Do pioruna!!!

Brak komentarzy

dawno mnie nie było… a to wszystko przez piorun. pewnego dnia. tak bez ostrzeżenia, że zbliża się burza walnął w blok piorun… komputer wytrzymał… ale kolegi juz nie… a od niego miałem internet… i już mnie nie podłączył… a ponieważ nie było czasu itp. tak bez internetu dotrwałem do dziś… tylko na kilka chwil…


  • RSS