abstynent blog

Twój nowy blog

Wpisy, których autorem jest autor

tak to już w naszym kraju była. idziesz skorzystać ze służby zdrowia o własnych siłach, wychodzisz w czarnym worku nogami do przodu… dziś chowam matkę. to bardzo przykre uczucie. miała jeszcze tyle planów… tak wiele chciała jeszcze w życiu zrobić. wypisali ją ze szpitala na kilka dni przed śmiercią, twierdząc, że jest w dobrym stanie… kilka dni później już nie żyła. będzie mi jej brakowało… spoczywaj w spokoju.

wczoraj w godzinach popołudniowych odszedł mój najlepszy przyjaciel. kilka ostatnich jego dni było trudne dla nas obu. nie jadł, ledwo chodził. zdążył jeszcze przed śmiercią zobaczyć się z moją siostrą. wiedzieliśmy, że przyjedzie do Polski na dzień matki… i tak jakby on czekał na nią. o 18:00 nie był już w stanie sam wyjść na spacer. zniosłem go. myślałem, że postawię go na trawie i się ruszy. niestety jak go położyłem tak przez prawie pół godziny się nie podniósł. zaniosłem go z powrotem do domu i położyłem na kanapie. czekaliśmy na lekarza, który da mu zastrzyk by się więcej nie męczył. lekarz zjawił się po kwadransie. dał mu zastrzyk. przyjaciel zamknął oczy. serce przestało bić. czułem się tak jakby moje również w tym momencie się zatrzymało. płakałem przez resztę dnia. spędził ze mną ponad 16 lat. a miał około pięciu gdy zobaczyłem go po raz pierwszy. nawet teraz pisząc to płaczę jak dziecko… mój kochany Rudy…

mam ostatnio ciężki okres w życiu.  porównałbym go do ryby, którą kilka minut temu wyciągnięto z wody… która łapie ostatnie wdechy powietrza… mimo iż nie uważam się za osobę wierzącą, to po głowie chodzi mi cytat w filmu, który oglądałem wiele lat temu. film nosił tytuł dramat w Andach i opierał się na prawdziwych wydarzeniach. w pewnym momencie jeden z ocalałych, mocno ranny w katastrofie, mówi do innych… „jestem tak blisko Boga”… tak się właśnie czuję… i najdziwniejsze w tym wszystkim jest to, że nie wiem, czego mi brakuję…

od kilku miesięcy przygotowuję się do batalii. i to na wszystkich trzech frontach. byłem miesiąc temu na rozprawie, w której chcę, by Sąd powierzył mi opiekę nad córką. „była”, jak również sędzia, byli nieco zdziwieni, kiedy powiedziałem im, że od roku, wszystkie rozmowy telefoniczne z córką oraz rozmowy podczas spotkań mam nagrane i z nich robię stenogramy. one mają mi pomóc wygrać całą sprawę… mam nadzieję, że to pomoże… bo jeśli to nie pomoże, to w takim razie w sądach sprawiedliwości nie znajdziemy, a sądy rodzinne można by wtedy nazwać sądami promatczynymi… ale czas pokaże. w poniedziałek druga rozprawa i druga porcja stenogramów. na pierwszą zawiozłem tylko ok. 80 kartek wydruku (a to tylko kwestie z rozmów, które coś mogą zmienić… gdybym miał spisywać wszystko byłoby pewnie ich już ponad 200).

najlepsze jest to, że o trzecim froncie „była” jeszcze nie wie… ale i na to dostanie wezwanie :)

Konfrontacja

1 komentarz

wczoraj widziałem się z córką pierwszy raz od ośmiu miesięcy… i nie dlatego, że mi ją przywiozła. tylko dlatego, że przyjechała do miasta na tydzień na rodzinne imprezy… i przy okazji postanowiła ją przywieść… chyba przestraszyła się kuratora… i dobrze. bo zamierzam jej go „dorobić”… choć dwa tygodnie temu nie mogła mi jej przywieźć bo podobno córcia miała zapalenie oskrzeli… w każdym razie przywiozła… choć wiedziałem jaką wodę z mózgu jej zrobili, to jednak myślałem, że przywitanie będzie bardziej wylewne… jednak gdy mnie córcia zobaczyła, nie było w niej żadnej radości. ani krzty z tego chociażby jak mnie przywitała, kiedy pilnie zjechałem do kraju po tym jak ona z córcią się wyprowadziła.. wtedy na mój widok córcia reagowała „tata!!! tata!!! mój tatuś przyjechał!!!” (za każdym razem płaczę gdy odsłuchuję to nagranie)… tym razem wyglądało to tak…: „cześć”… i w sumie nie wiem czy się cieszyć czy płakać… i nie wiem czy było warto… czy dla dziecka to dobrze, czy źle… tym bardziej, że jak zapytałem „byłą”, kiedy znowu przyjedzie usłyszałem, że „na święta”… za nic se k…a ma wyrok sądowy…. ale ja się nie poddam… nie po dobroci?, to choćby siłą…. i mam w dupie czy przeczyta…

nie ma tu już tylu wpisów co kiedyś, bo i czasy są inne i ludzie się zmienili… (nawiązując do komentarza do ostatniej notki)… przede wszytkim to świat i ludzie w nim żyjący zeszli na psy. ale czy to ważne…

minęło już ponad 3 miesiące od rozwodu, który zafundowała mi … ona. jakby tego było mało, pani adwokat, na którą wydałem ostatnie dwa tysiące, w dniu rozprawy, zmieniła front działania, i zamiast walczyć ze mną o córkę, zaproponowała mi ugodę, gdyż jak stwierdziła, będzie to dużo szybsze i szybciej zobaczę córkę. chcąc się widzieć z córką, przystałem na propozycję… i co za to otrzymałem… poza rachunkiem od prawniczki, nie mam kur…a nic. mimo wyroku sądu, który nakazał byłej, w każdą drugą sobotę miesiąca przywieźć mi córkę, gdyż ta wyprowadziła się z córką na samo południe Polski, oczywiście córki nie widziałem. i  w tym roku już nie zobaczę, gdyż wiem, że jutro… tzn. już dziś, również mi jej nie przywiezie. i jak tak dalej pójdzie, to za kilka miesięcy córki mieć już nie będę, gdyż słyszę podczas rozmowy telefonicznej z nią, jak zmienił się jej stosunek werbalny do mnie na przestrzeni tych kilku miesięcy… a ostatni raz widziałem ją w Dzień Dziecka… wtedy jeszcze na mój widok reagowała ogromną radością, krzycząc dookoła „mój tata przyjechał, mój tatuś kochany”… a teraz? kiedy dzwonię by porozmawiać z moją żabcią przez telefon, to słyszę tylko „cześć”… jakież spustoszenie muszą robić mojej córce te wszystkie baby, z którymi przebywa… czyli matka, babcia i prababcia… a ja się pytam… w imię czyjego dobra tak postępują? mam tylko nadzieję, że kiedyś córka zrozumie, kto jej tak wielką krzywdę wyrządził… dziecko, które jeszcze pół roku temu przewyższało inteligencją swoich rówieśników, zachowuje się teraz jak zacofane… i cały czas faszerowane jest najróżniejszymi lekami…

nasuwa mi się tylko jedno pytanie… jeśli płacimy za grzechy, to kur…a za czyje grzechy ja w tej chwili płacę? bo nie uważam, bym miał ich aż tyle… wiem, że czasem źle postąpiłem, ale ile kłód w życiu człowiek może przeskoczyć… jeśli z wcześniejszą partnerką, nie wszytko było ok (pozdrawiam przy okazji, bo wiem, że czytasz, i szczerze żałuję, że wtedy nie byłem taki mądry), to chyba nie zasłużyłem na aż tak wiele…

nawet nie wiem, co jeszcze mogę napisać… brakuje mi starych dobrych czasów, które z perspektywy naprawdę mogę ocenić, że były dobre… może jakoś uda mi się to przetrwać… a tak poza tym, to cały czas marzy mi się Norwegia… tym bardziej, że nic mnie tu już nie trzyma… poza wspomnieniami.

niestety ostatni rok nie był dla mnie najlepszy. zaczęło się od awarii twardego dysku i utracie wszystkich danych, łącznie z projektami graficznymi nad którymi pracowałem od kilku miesięcy.  potem doszły jak zwykle problemy finansowe. żona cały czas nie pracowała, a jeśli już udało jej się jakąś pracę znaleźć, to „dziękowano” jej po okresie próbnym. córka poszła do przedszkola, a ja nie miałem stałej pracy… w dodatku córka zamiast w przedszkolu to więcej dni spędzała w domu, bo zaczęła chorować… z tego wszystkiego popadałem w coraz większe długi. by wyjść z długów, na początku roku, podjąłem wraz z młodą decyzję, że wyjadę do „Helmutów” i tam postaram się znaleźć pracę. tym bardziej było to łatwe, bo zatrzymałbym się u siostry, więc potrzebna była tylko kasa na bilet. żona w tym czasie pracowała, więc nie musiałem się martwić, że nie będzie za co jedzenia kupić. o rachunki miała się nie martwić… no i pojechałem na początku lutego. ponieważ zima przytrzymała, przed dwa miesiące dużo nie zarobiłem, ale kilka setek euro przesłałem. trochę lepiej było w kwietniu a maj zapowiadał się całkiem dobrze. w międzyczasie dałem znać znajomemu, że zostaję i jak chce to niech kogoś u siebie na stolarni zatrudni bo nie musi dla mnie trzymać miejsca (to było moje zabezpieczenie, gdyby z zagranicą nic nie wyszło). no i zostałem, tym bardziej, że po raz kolejny żonie podziękowano w pracy … zatem zostać zostałem… na lodzie, bez pracy, bez pieniędzy, bez rodziny… a to dlatego, że w połowie maja żona postanowiła się spakować i wyprowadzić, zabierając córkę i cały dobytek. jeszcze tego samego dnia wsiadłem w autokar. ale co to dało? poza utratą pracy, którą porzuciłem, wydaniu większości pieniędzy na konsultacje z adwokatem, zostałem kompletnie bez niczego. zostały mi meble… pewnie tylko dlatego, że ciężko byłoby je znieść. a tak nie mam nic. żadnego sprzętu domowego, żadnych naczyń, żadnej pracy, żadnych perspektyw. w tej chwili nawet nie mam za co wrócić, nie mówiąc już o rosnących długach… lecz i tak w tym wszystkim najbardziej będzie cierpieć moja mała córeczka…. mogę sobie tylko wyobrażać co też ona musi teraz przeżywać… a mnie przypomina się mój wiersz, który tak dawno temu napisałem… a jakże aktualny jest w tej chwili…

Psia ferajna.

1 komentarz

trzy miesiące temu pewna dziewczynka poprosiła moją żonę, by ta potrzymała i przypilnowała jej pieska. żona oczywiście się zgodziła. jak się później okazało, celem dziewczynki było pozbycie się psa… próbowaliśmy odnaleźć właściciela, porozklejaliśmy plakaty i ogłoszenia. nikt się oczywiście nie odezwał. długo myśleliśmy co zrobić… oddać do schroniska? przecież dziewięc lat temu zabrałem jednego psa z tamtąd a teram mam iść ioddać innego? koniec końców postanowiliśmy zatrzymać. śliczna młoda suczka, bardzo żywa i wesoła. do tego uwielbia się bawić z córcią… tylko teraz moja psia ferajna to aż trzy sztuki. jeden duży samiec (ten ze schroniska) i teraz dwie suki… i tylko szkoda, że ludzie się tacy bezduszni zrobili.

dostałem ostatnio informacje, że inni użytkownicy nie mogą odczytać nic ze strony. że zamiast białego tekstu na czarnym tle mają czarny teks na czarnym tle i przez to nic nie widzą. nie wiem skąd ten problem, gdyż u mnie wszystko gra prawidłowo. tzn. był kiedyś problem, że wcięło mi cały arkusz stylów i wszystko się skopało, ale od kilku miesięcy zostało to naprawione. zastanawiam się, co może być przyczyną tego, że inni nie widzą poprawek, a zamiast nich widzą czarne na czarnym (czyli de facto, to co było w momencie braku arkusza stylów). czy mozna coś na to poradzić? sam nie wiem.

siedząc sobie kwiecień i maj sam w domu, z nudów zacząłem sobie grać w stara gierkę, jaką jest Sim City 4. gra niby stara, ale jak się rok temu zobaczyło, ile dodatków tworzą gracze, do niej, nabrała nowego blasku. po krótkim czasie grania, zacząłem próbować tworzyć własne dodatki, modelując obiekty 3D. i tak się zaczęło. okazało się, że wychodzi mi to świetnie. a kilka dodatków które opublikowałem światu zebrały pochlebne opinie. pierwsze moje dzieło, które ujrzało szerszy świat zostało nawet wyróżnione w tzw. „Hall of Fame”. było to dla mnie ogromne wyróżnienie, gdyż był to mój w sumie dopiero piąty projekt, od czasu, gdy zacząłem się uczyć obsługi i możliwości programu. do tej pory powstało dziewięć dodatków, które udostępniłem światu. oczywiście nadal jest ogrom rzeczy, których w programie 3D nie potrafię, ale z każdym następnytm krokiem poznaję nowe możliwości. i na tym nie poprzestanę. jest jeszcze wiele innych, które powstaną w niedługim czasie.


  • RSS