wczoraj w godzinach popołudniowych odszedł mój najlepszy przyjaciel. kilka ostatnich jego dni było trudne dla nas obu. nie jadł, ledwo chodził. zdążył jeszcze przed śmiercią zobaczyć się z moją siostrą. wiedzieliśmy, że przyjedzie do Polski na dzień matki… i tak jakby on czekał na nią. o 18:00 nie był już w stanie sam wyjść na spacer. zniosłem go. myślałem, że postawię go na trawie i się ruszy. niestety jak go położyłem tak przez prawie pół godziny się nie podniósł. zaniosłem go z powrotem do domu i położyłem na kanapie. czekaliśmy na lekarza, który da mu zastrzyk by się więcej nie męczył. lekarz zjawił się po kwadransie. dał mu zastrzyk. przyjaciel zamknął oczy. serce przestało bić. czułem się tak jakby moje również w tym momencie się zatrzymało. płakałem przez resztę dnia. spędził ze mną ponad 16 lat. a miał około pięciu gdy zobaczyłem go po raz pierwszy. nawet teraz pisząc to płaczę jak dziecko… mój kochany Rudy…