wczoraj widziałem się z córką pierwszy raz od ośmiu miesięcy… i nie dlatego, że mi ją przywiozła. tylko dlatego, że przyjechała do miasta na tydzień na rodzinne imprezy… i przy okazji postanowiła ją przywieść… chyba przestraszyła się kuratora… i dobrze. bo zamierzam jej go „dorobić”… choć dwa tygodnie temu nie mogła mi jej przywieźć bo podobno córcia miała zapalenie oskrzeli… w każdym razie przywiozła… choć wiedziałem jaką wodę z mózgu jej zrobili, to jednak myślałem, że przywitanie będzie bardziej wylewne… jednak gdy mnie córcia zobaczyła, nie było w niej żadnej radości. ani krzty z tego chociażby jak mnie przywitała, kiedy pilnie zjechałem do kraju po tym jak ona z córcią się wyprowadziła.. wtedy na mój widok córcia reagowała „tata!!! tata!!! mój tatuś przyjechał!!!” (za każdym razem płaczę gdy odsłuchuję to nagranie)… tym razem wyglądało to tak…: „cześć”… i w sumie nie wiem czy się cieszyć czy płakać… i nie wiem czy było warto… czy dla dziecka to dobrze, czy źle… tym bardziej, że jak zapytałem „byłą”, kiedy znowu przyjedzie usłyszałem, że „na święta”… za nic se k…a ma wyrok sądowy…. ale ja się nie poddam… nie po dobroci?, to choćby siłą…. i mam w dupie czy przeczyta…