niestety ostatni rok nie był dla mnie najlepszy. zaczęło się od awarii twardego dysku i utracie wszystkich danych, łącznie z projektami graficznymi nad którymi pracowałem od kilku miesięcy.  potem doszły jak zwykle problemy finansowe. żona cały czas nie pracowała, a jeśli już udało jej się jakąś pracę znaleźć, to „dziękowano” jej po okresie próbnym. córka poszła do przedszkola, a ja nie miałem stałej pracy… w dodatku córka zamiast w przedszkolu to więcej dni spędzała w domu, bo zaczęła chorować… z tego wszystkiego popadałem w coraz większe długi. by wyjść z długów, na początku roku, podjąłem wraz z młodą decyzję, że wyjadę do „Helmutów” i tam postaram się znaleźć pracę. tym bardziej było to łatwe, bo zatrzymałbym się u siostry, więc potrzebna była tylko kasa na bilet. żona w tym czasie pracowała, więc nie musiałem się martwić, że nie będzie za co jedzenia kupić. o rachunki miała się nie martwić… no i pojechałem na początku lutego. ponieważ zima przytrzymała, przed dwa miesiące dużo nie zarobiłem, ale kilka setek euro przesłałem. trochę lepiej było w kwietniu a maj zapowiadał się całkiem dobrze. w międzyczasie dałem znać znajomemu, że zostaję i jak chce to niech kogoś u siebie na stolarni zatrudni bo nie musi dla mnie trzymać miejsca (to było moje zabezpieczenie, gdyby z zagranicą nic nie wyszło). no i zostałem, tym bardziej, że po raz kolejny żonie podziękowano w pracy … zatem zostać zostałem… na lodzie, bez pracy, bez pieniędzy, bez rodziny… a to dlatego, że w połowie maja żona postanowiła się spakować i wyprowadzić, zabierając córkę i cały dobytek. jeszcze tego samego dnia wsiadłem w autokar. ale co to dało? poza utratą pracy, którą porzuciłem, wydaniu większości pieniędzy na konsultacje z adwokatem, zostałem kompletnie bez niczego. zostały mi meble… pewnie tylko dlatego, że ciężko byłoby je znieść. a tak nie mam nic. żadnego sprzętu domowego, żadnych naczyń, żadnej pracy, żadnych perspektyw. w tej chwili nawet nie mam za co wrócić, nie mówiąc już o rosnących długach… lecz i tak w tym wszystkim najbardziej będzie cierpieć moja mała córeczka…. mogę sobie tylko wyobrażać co też ona musi teraz przeżywać… a mnie przypomina się mój wiersz, który tak dawno temu napisałem… a jakże aktualny jest w tej chwili…