abstynent blog

Twój nowy blog

Wpisy z okresu: 6.2003

zjawiłem się jednak na imprezie zakładowej… wygrało zaciekawienie pieczonym dzikiem… nie myślałem o tym, iż następnego dnia idę na rano. jestem na miejscu… malownicze miejsce tuż za miastem. zabawa w „Hotelu Pałac”… cały wynajęty dla nas… impreza na tarasie osłoniętym wielkim namiotem. profesjonalne kasyno z zawodowymi krupierami i dzik o 22:00. kilka minut przed musiałem skorzystać z WC… jak wyszedłem, z dzika zostały już tylko kości… :( i nie wiem dalej jak smakuje dzik… :(

nie udało się całego wczorajszego dnia wysiedzieć w domu… jak to ostatnimi dniami bywało, wylądowałem po raz szósty w tym tygodniu i po raz siódmy w ciągu ostatnich siedmiu dni w pubie… w dodatku dopisało towarzystwo i skończyło się kolejną śrubką… trzeba to zmienić… jako pierwszy krok, będzie zrezygnowanie w dzisiejszej imprezy zakładowej… mimo iż kusi mnie ten dzik pieczony, który będzie atrakcją smakową… :) ale trudno…

nadszedł jakże upragniony weekend :) w dodatku to moje 2 wolne dni… poprawiła się również podoga… jest słonecznie i ciepło… dzisiejszy dzień spędzę więc bez piwa… i nie będzie to dzień stracony… po ostatnich sześciu dniach i wypitych 30-stu piwach jeden dzień można odpocząć, tymbardziej, że jutro mam wielką imprezę pracowniczą… :)

zabrano mi dzisiaj drukarkę… już jej nie będzie… swego czasu wiele minut poświęciłem na znalezienie w necie sterowników do niej… dziś musiałem to podzielić by zmieściło się na dyskietkach… podzieliłem, skopiowałem… w sumie 8 dyskietek… otwieram karton, a tam… oczywiście płyta ze sterownikami… wystarczyło tylko zajrzeć… ach gdzie ja mam głowę…? :)

miałem dziś w planach spędzić dzionek na łonie natury… odbyć miał się bowiem festyn z okazji rozpoczęcia lata… miał być koncert „Lady Pank”… czy się odbyło czy nie, trudno powiedzieć… popsuła się od wczoraj pogoda, a dziś cały czas deszcz, chmury, wiatr na zmianę… siedzę zatem w domku… a najgorsze jest to, że ostatnie tygodnie cały czas było gorąco i słonecznie…

taką reklamę umieszczono mi dziś vis a vis okna… jakież ogromne ma ona odzwierciedlenie w rzeczywistości… była bowiem dziś wizja lokalna… dopóki sprawy się nie zakończą, były ojczym ma prawo przebywać w mieszkaniu. :( zatem w kuchni została tylko pralka, lodówka, kuchenka i zlew. w ubikacji-wiadomo :) w łazience niewiele więcej… tylko wanna i umywalka. reszta w pokojach i na balkonie, do których wstępu mieć nie będzie… by mu kluczy do zamka nie wydawać wymontowalismy zewnętrzne drzwi… zawsze to mniejszy koszt niż ponowna wymiana zamków, gdy go wreszcie uda się wymeldować… trzymajcie kciuki oby się udało, bo takie życie to nie zycie…

Nagana…

1 komentarz

stało się… dostałem pisemną naganę w pracy… powód zawsze się znajdzie, jeśli się chce kogoś ukarać… i tak też się stało… nie było to również związane z wypiciem piwa, gdyż o tym nikt nie wiedział, lecz była to zemsta za to, że powiedziałem ostatnio coś aystentce, która jest również panną kierownika… powstały nawet zakłady ile dni minie od zebrania do nagany… kto wygrał nie wiem… z historii wiem, że ktokolwiek powiedział coś asystentce, długo później nie popracował… zobaczymy…

poszedłem w poniedziałek do pracy… okazało się, że mam przyjść 4 godziny później… poszedłem więc do miasta… posiedziałem pod parasolami i wypiłem kilka piwek… dokładnie mówiąc – 5 :) w pracy okazało się, ze mogę już operować wózkami i dostałem polecenie poprzywożenia sobie towarów… wniosek? nigdy więcej nie pić przed pracą… :)

kolejny dzień… zaczynam od porannej higieny… ząbki, oczka, uszka, buzia… wszystko musi błyszczeć… na koniec zostawiam sobie maszynkę… nie lubię tego, a jestem zmuszony robić to codziennie… potem zostanie już tylko prasowanie… śniadanko do pracy bowiem zrobione… domowe już pochłonięte… i tylko spakować się na koniec… buty… plecak… dokumenty… żeby tylko czegoś nie zapomnieć… :) …i już mnie nie ma.

…czyli opowieść sensacyjna pt. „ja sem netoperek”…

piątek… trzynastego… wracam do domu po półdniowej bieganinie… zaczynam rozmowę z matką. nagle słyszę drapanie po ścianie… czyżby w domu były myszy? hałas dobiega zza obrazu… odchylamy obraz i rzeczywiście coś jest na ścianie… pierwsza myśl: latająca mysz…? zdejmujemy obraz i ku naszemu zdumieniu ukazuje się nietoperz zawieszony do góry nogami :) (widział ktoś to stworzonko z bliska?) obudził się… narada w kuchni jak go złapać… padł pomysł by na niego zarzucić prześcieradło… pomysł realny… wchodzimy do pokoju… po gościu ani śladu… i gdzie go teraz szukać… po kilku minutach znależliśmy go w szczelinie między szafą a ścianą… udało się go wywabić z zakamarka… zaczął nagle fruwać po pokoju i po kilku okrążeniach „usiadł” na firanie… znowu fruwa… tym razem odbił się od futryny nad drzwiami balkonowymi i wylądował pod drzwiami… o prześcieradle wszyscy zapomnięli… znowu zaczął okrążać pokój… po chwili wylądował na ścianie przy szafie… rękawiczka!!! skórzana rękawiczka i go złapię… :) okazało się, że są tylko materiałowe i dość cienkie… ubiram prawą… nagle spada na niego ręka z góry… teraz mamy krwistą plamę na ścianie :) oczywiście żart… rozpostarłem palce jak kraty nad nim… wbił swe zęby w okolicy kciuka… jest mój… już mi się nie wyrwie… ponosiłem go chwilę aż się trochę uspokoił i puściłem go z balkonu… odleciał… i pewnie już nie wróci… a swoją drogą pomysł z rękawiczką był słuszny… gdyby nie ona, wbiłby swe zęby w moją rękę… a tak zabrakło długości kłów… dość ciekawe to stworzenie i niezwykle przyjemne w dotyku :) ale kto by sie spodziewał znaleźć latającego ssaka we własnym domu…

KONIEC

  • RSS